Przybłąkał się wieczorem. Wyglądał
jak siedem nieszczęść! Brudny, w szaroburym kolorze błota, skołtuniony,
wystraszony. Chował się pod tarasem przed strugami zimnego deszczu. Na
początku warczał i uciekał. Później przekonał się, że nic złego mu nie
grozi. Po zjedzeniu michy pysznego jedzonka miał już pewność, że trafił
całkiem nienajgorzej. Po kilku godzinach odważył się podejść, obwąchał
nas i nawet dał się delikatnie pogłaskać za uchem.

W środku nocy dał się namówić na wejście do przedsionka. Zaraz za progiem zaatakował go kudłaty bury kundel spoglądający z lustra. Szybka ucieczka na pole. Po kilku minutach kolejna próba, obwąchanie dziwnego stwora w lustrze, obwąchanie moich pantofli, kaloryfera i kolejny przerażający wróg - odkurzacz! W tył zwrot i na pole. Dał się namówić na powrót i głaskanie za uszkiem, ale zostać w przedsionku na noc nie chciał. Zdecydowanie nie podobał mu się pomysł z zamknięciem drzwi. Noc spędził więc przed drzwiami, osłonięty przynajmniej od deszczu.
Rano
przywitał mnie merdającym kikutkiem ogona i uśmiechem w pięknych psich
oczach! Nie kazał się długo zapraszać na taras, gdzie czekały smakołyki.
Wszystko było nowe i ciekawe. Świat oglądany z tarasu wyglądał zupełnie
inaczej niż ten widziany z poziomu błota. Na drewnianych deskach miło
było położyć się w słońcu i wysuszyć brudne kłaki. Po wysuszeniu okazało
się, że są znacznie jaśniejsze niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Po śniadaniu czas na spacer. Choć Floki biega samopas od conajmniej kilku miesięcy, spacer w towarzystwie ewidentnie przypadł mu do gustu. Uśmiechnięty całym sobą, od czubka nosa po czubek ogona, jak tylko pies potrafi. Obiega nas
dookoła, zaganiając "stado" w jedną grupę, jak na prawdziwego psa
pasterskiego przystało.
Floki jest zachwycony bobrowym domem podobnie jak my. Wdrapuje się na
pień ściętego drzewa i stoi na nim niepewnie, przypominając zagubioną
owcę. Zeskakuje zgrabnie na ląd suchą łapą i myszkuje dalej wokół
bobrowych włości.
Wracamy powoli do domu. Floki dostaje zasłużoną michę, pozwala podrapać się po brzuszku. Głaskanie go nie należy niestety do przyjemności i wymaga mycia rąk co 3 minuty, dla zachowania choćby pozorów higieny. Ale sprawia mu to tyle radości, że nie mogę mu tego odmówić.
Niestety, czas powrotu do Krakowa zbliża się wielkimi krokami. Nie możemy zabrać go ze sobą. To znaczy... tym razem... Floki z niedowierzaniem spogląda za odjeżdżającym samochodem. Bałam się, że za nami pobiegnie, ale nie, zostaje z godnością pilnować domu. Zapas jedzenia powinien mu wystarczyć na trochę. A za tydzień... mam ogromną nadzieję, że do nas przyjdzie! A wtedy... nie dam mu już odejść! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz