Spójrz przez okno

Spójrz przez okno
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Plantami od Mikołajskiej do Placu Szczepańskiego


Planty. Dawno, dawno temu zaczynały się dla mnie w okolicach Filharmonii. Dziś zaczynają się dokładnie z przeciwnej strony. Wygląda na to, że świat się jednak kręci, a jego centrum zdecydowanie jest Rynek. Mój świat, a wraz z nim ja, krążymy po orbicie. 



Dziś moje Planty zaczynają się przy ul. Mikołajskiej. Ścieżką rowerową można po nich przejechać jakieś 50 metrów. Później zaczyna się slalom w stronę dworca pomiędzy przechodniami. Jadąc Plantami zaglądam w dochodzące do nich uliczki Świętego Tomasza i Marka. Wydają się jeszcze węższe niż w rzeczywistości. Przed mijaną szkołą podstawową stojaki, a przy nich rowery i hulajnogi. Żałuję, że nie urodziłam się w czasach jeżdżenia do szkoły na hulajnodze.  



Co kilkadziesiąt metrów przy głównej alejce Plant znajdują się tablice wmurowane w niewielkie postumenty, upamiętniające fragmenty murów obronnych. Mury rozebrano na początku XIX wieku, ze względu na ich bardzo zły stan techniczny. Rozbiórkę zakończono w 1820 roku, zostawiając jedynie fragmenty. Gdyby nie to, być może dzisiaj mielibyśmy w Krakowie prawdziwe Carcasonne.

Na każdej tablicy wyrzeźbiono basztę lub bramę, która stała w tym miejscu w czasie, gdy mury w pełnej okazałości broniły jeszcze Krakowa. Pod każdą płaskorzeźbą znajduje się opis danej fortyfikacji. Na odcinku między Mikołajską i Szczepańską doliczyłam się Baszty Grzebieniarzy, Przekupniów (Sadelników i Słoniniarzy - mocno zanieczyszczona przez ptactwo), Baszty Prochowej II, Karczmarzy II, Katowskiej, Baszty Ceklarzy i Baszty Łaziebników.

Nieznane mi nazwy cechów zmusiły mnie do poszperania nieco w nazwach dawnych zawodów. I tak: Grzebieniarze jak sama nazwa wskazuje zajmowali się wyrobem i sprzedażą grzebieni. Interes musieli mieć w tym nienajgorszy, skoro dorobili się nawet własnej baszty. Niewątpliwą hossę musieli zanotować, gdy królowa Bona sprowadziła do Krakowa kudłatych Włochów. Sadelnicy zajmowali się wytapianiem sadła. Ceklarze byli gwardią przyboczną burmistrza i zajmowali się utrzymaniem porządku w mieście, pokusiłabym się więc o stwierdzenie, że to pierwowzór straży miejskiej.

Zmierząjąc w stronę Teatru Słowackiego mijam Altanę Muzyczną. W ubiegłych latach w ciepłe wieczory w altanie odbywały się wieczory z tangiem. Nie wiem czy ta atrakcja wpisała się na stałe w letni kalendarz Krakowa, ale chętnie zatańczyłabym tango w takiej scenerii (mimo, że nie umiem go tańczyć). Altana przepięknie otoczona zielenią!




Na Plantach wiosna pełną gębą. Zieleń wspaniała, temperatura niezwykle sprzyjająca i tyle wygodnych ławek, zarówno przy głównej alejce jak i w bardziej zacisznych zakątkach. To przyciąga niezliczone rzesze różnej maści włóczęgów. Bezdomni, pijacy, narkomani. Spotyka się ich na każdym kroku. Część śpi na ławkach, część zaczepia przechodniów próbując wybłagać papierosa lub kilka groszy. A niektórzy koczują obok Teatru Słowackiego, zbierając na piwo. Poligloci, zbierają również for beer.




Brama Floriańska w pełnej okazałości. Niewiele się zmieniło od czasów, gdy malował ją Wyspiański. Barbakan też na swoim miejscu.






W samej bramie dwóch mocno dojrzałych krakowiaków umila czas turystom grając regionalne melodie na harmonii i trąbce. Zastanawia mnie tylko, gdzie podziała się reszta muzykantów - zwykle jest ich w tym miejscu co najmniej czterech.


Tuż obok Barbakanu ujmujący pomnik Jana Matejki. Pusta rama obrazu, a w niej mistrz spoglądający w kierunku Akademii Sztuk Pięknych. Z radością patrzę na ten pomnik. Klasycznie, a jednak z pomysłem. Projekt pomnika stworzył profesor ASP Jan Tutaj. Dziękuję za przywrócenie wiary w to, że współcześnie też można zrobić coś po prostu przejmującego, zachowując klasyczną formę. Bardziej nowoczesna forma zresztą zapewne nie zostałaby pochwalona przez konserwatywnego Matejkę.

Sadzawka jeszcze nie napełniona wodą, nad nią pięknie kwitnący krzew. Na wprost, po przejściu przez mostek pomnik pamięci Bohdana Zaleskiego, urodzonego na Ukrainie poety romantycznego, jednego z pierwszych przedstawicieli tej epoki w Polsce. Dziś Zaleski jest znany bardzo niewielu.

Mnogość pomników na Plantach zaskakuje. Nigdy nie miałam czasu, żeby im się przyjrzeć, sprawdzić co upamiętniają. Teraz z przyjemnością zatrzymuję się przy każdym z nich, poświęcając chwilę na zastanowienie. Pomniki mają tu zarówno postaci historyczne, jak i bohaterowie opowieści naszych wieszczów. Pomnik Jadwigi i Władysława Jagiełły postawiony w 1886 roku w 500-lecie zawarcia Unii polsko-litewskiej. A niedaleko pomnik Lilli Wenedy, bohaterki tragedii Juliusza Słowackiego.




Zieleń na Plantach o tej porze roku jest oszałamiająco żywa! Ten wspaniały dąb,  choć na pewno leciwy i widział już wiele wiosen, bezwstydnie zieleni się tak samo jak młodziutka trawka.
Na wiosnę zielenią się nawet ławki. Ławeczki jak nowe, a mury... podparte palami, w przeciwnym razie nie wytrzymałyby pod naporem czasu...

Dojeżdżam na Plac Szczepański i tu na razie kończy się mały rowerowy spacer po Plantach. Po spędzeniu około 10 minut próbując zrobić zdjęcie, na którym nie będzie widać wysokiej turystyki z burzą rudych loków zasłaniających cały widok, udaje mi się uchwycić działającą fontannę. Sukces! To tyle na dziś. Ciąg dalszy w swoim czasie. 




piątek, 25 kwietnia 2014

Na cztery strony świata


Kolejny dzień budzi nas pięknym słońcem! Czas na spacer po najbliższej okolicy. Widoczność jak jedynie lekko stępiona żyletka, widoki są więc obiecujące. Wieś, w której przyszło nam spędzać te milsze chwile życia jest nieduża i niezbyt popularna turystycznie. Ale za to widokowo - niewiele może się z nią równać! Przechodzimy przez centrum, obok kościoła i zmierzamy pod górę, w stronę wysokiego krzyża.

Mijamy tradycyjny góralski dom z malowniczą kwitnącą jabłonią, gruszą, czy inną śliwą. Brakuje tylko kota wygrzewającego się na schodach. Pewnie poszedł łowić myszy. Niedaleko brama z wyrzeźbionym dziewięćsiłem o ośmiu ramionach... Mimo tej drobnej nieścisłości piękna!


Wychodzimy na wzgórze, mijając rowerzystę i nielicznych spacerowiczów. Za naszymi plecami pojawia się widok na Czerwoną Skałkę (ta górka po lewej), którą widać z wielu miejsc na Podhalu, dzięki czemu wiemy, że dom jest blisko. Pasmo Gorców na horyzoncie.


Wiosna! A pod stopami niezbity dowód - dwie żabki podczas odwiecznego rytuału zapewniającego ciągłość gatunku. Wszystkich, którym przyszły teraz do głowy perwersyjne skojarzenia, odsyłam do lektury na temat zjawiska ampleksusu. Łopatologicznie rzecz biorąc: Pan Żaba, będąc samcem pełnym wigoru i odczuwając niezmierną potrzebę przekazania swoich wyjątkowych genów kolejnemu pokoleniu, chwyta upatrzoną wcześniej i zauroczoną nim Panią Żabę pod pachy i ściska tak mocno i tak długo, aż Pani Żaba zniesie wszystkie zebrane w swym ciele jajeczka, zwane skrzekiem. Następnie Pan Żaba wydziela na nie swoje nasienie. Akt może trwać nawet kilka godzin i niejednokrotnie kończy się wykończeniem Pani Żaby. Przyroda bywa okrutna.


Podobnie jak życie, o czym świadczy kolejny przystanek na naszej trasie. Wieść niesie, iż pewnego mroźnego wieczoru, samotna kobieta z niemowlęciem podążała brnąc przez śnieżne zaspy z Łapsz do Dursztyna. Niestety, nie miała siły aby dotrzeć do celu, usiadła więc pod świerkiem, przytuliła kwilące zawiniątko do piersi i zasnęła, aby już nigdy się nie obudzić. Od tamtego czasu jej duch powracał pod rzeczone drzewo i straszył przechodzących tamtędy chłopów. Aby odstraszyć duchy, chłopi postawili kapliczkę z figurką Świętego Jana. Straszyć rzeczywiście przestało, ale też przestało odstraszać złodziei, którzy bezczelnie ukradli  Świętego Jana. Jego miejsce po pewnym czasie zajęła Matka Boża i teraz to ona broni szlaku przed duchami. Chyba skutecznie, bo nic mnie tam nigdy nie straszyło. 



Druga kapliczka stoi na wzgórzu zwanym Grandeus. Pochodzi z końca XIX lub początku XX wieku, co widać gołym okiem - jest bardzo stara i dość zaniedbana. A jej historia też jest ciekawa. Górale spiscy w tamtym okresie często wyjeżdżali do Ameryki, szukając lepszego życia. Ponoć pierwszy góral z Łapsz, który wyjechał za chlebem, obiecał, że jeśli wróci szczęśliwie, postawi kapliczkę na Grandeusie, przez który wiodła droga do Nowego Targu. I tak też się stało.











Oczywiście podczas żadnego spaceru w okolicy nie obędzie się bez zmory podhalańskich, a głównie gorczańskich szlaków... Tę okolicę szczególnie upodobali sobie wszelkiej maści crossowcy, zapewne ze względu na ponadprzeciętną ilość błota. A niech im będzie na zdrowie, tylko mógłby ktoś wynaleźć cichsze silniki...



Docieramy na wzgórze, pod nadajnik GSM, który nieco zaburza piękno krajobrazu, ale... i tak niewiele złego może zdziałać. Choć to tylko około 800 metrów nad poziomem morza, czuję się jak na czubku świata! Wspaniały widok na wszystkie strony!

Na zachodzie lekko zamglona Babia Góra, 1725m n.p.m. Jej rozłożyste zbocza sprawiają, że z tej strony wygląda jak uśpiony wulkan.



Na południu Gorce, z najwyższym Turbaczem, 1310m n.p.m. Stąd wydają się płaskie, ale na tym właśnie polega ich urok. Po pokonaniu stromego podejścia można godzinami iść przed siebie po halach. 







Na południowym-wschodzie widok na grzbiet wiodący na wzgórze Hombark, jeden z najwyższych szczytów Pienin Spiskich (ok. 830 m n.p.m.). Z grzbietu, którym wiedzie przyjemny szlak do Niedzicy można podziwiać Jezioro Czorsztyńskie.
Na wschodzie przepiękny widok na Pieniny, z nietypowym ujęciem Trzech Koron (982 m n.p.m) "z profilu".









A na południu... Tatry! Nie powiem, że w całej okazałości, bo mocno zachmurzone. Ale jednak. Spod czapy szarych chmur, wystają ośnieżone zbocza.

Po spędzeniu dłuższej chwili wygrzewając się w słońcu i napawając się pięknem okolicy, ruszamy grzbietem na zachód. Po drodze nieco flory i fauny lokalnej. Małe białe śliczne kwiatuszki, których nie udało mi się rozpoznać. (Stwierdzam, że lekcje biologii zdecydowanie nie wyglądały tak jak powinny - mitozę i mejozę mam rozpracowaną do dzisiaj, a biednych kwiatków zidentyfikować nie potrafię.) Dziewięćsił choć zeszłoroczny i uschnięty rozpoznać jednak umiem. Choć to zawdzięczam raczej edukacji rodzinnej, niż szkolnej. I jeszcze jaszczurka zwinka (to takie brązowe w trawie), wygrzewająca się w wiosennym słońcu.


Schodzimy niżej leśną autostradą - piękna soczyście zielona łąka prowadzi nas równym szerokim na kilka metrów pasem prosto przed siebie. Nie wiemy dokąd dokładnie nas zaprowadzi, idziemy na azymut lub jak kto woli na czuja.

Zatrzymuję się co kilka kroków aby zrobić zdjęcia, co ma swoje ogromne plusy - cisza i spokój, kiedy wycieczka jest kilkaset metrów przede mną. Ale też i ogromny minus. Widzę jedynie ogonki trzech saren znikających w lesie. Niestety hałasujący panowie idący przodem przepłoszyli je z polany. Za to idąc ostatnia mogę spokojnie powydzierać się przywołując echo (skoro sarny i tak już uciekły), grzecznie informujące mnie, kto zerwał jabłko z drzewa - Ewa! Ewa! Ew....

Pod stopami chlupie błocko. Udaje mi się odnaleźć sprawcę tej podmokłości - wprost z ziemi wytryskuje najprawdziwsze źródełko. Nie wygląda zbyt poetycko, jest jedynie nieco głębszą kałużą, z której nieustannie wydostają się kolejne bąble. Mimo mało zachęcającego widoku próbuję wody. Zimna.



Po drodze przeszkoda w postaci strumienia o nieco burawej barwie po wczorajszym deszczu. Niestety wszystkim udaje się przejść bez większych strat - jak zwykle nic ciekawego do opisania. Następnym razem chyba zorganizuję jakiś sabotaż.


Na koniec moja cierpliwość zostaje jednak wynagrodzona. Na kolejnej polanie sarenka w całej okazałości! Saren ci u nas dostatek jak widać. Następnym razem zaszyję się na skraju polany na kilka godzin i zobaczymy co uda mi się upolować, bezkrwawo oczywiście.




czwartek, 17 kwietnia 2014

Przez pola!



 Za oknem zieleń. Chwilowo porzuciłam widok na dachy sąsiednich kamienic zastępując go widokiem na budzącą się do wiosny przyrodę. Tutaj, bliżej gór, wiosna nie rozpycha się jeszcze bezczelnie swoimi zapachami i kolorami, ale skromniutko pojawia się w pojedynczych kwiatach polnych i lekko zieleniącej się trawie. Tuż przed domem kwitną delikatne bladoniebieskie kwiaty, które przypominają pierwiosnki, ale mają nieco cieńsze płatki.


Poniżej uschnięte i przemrożone owoce głogu, a obok, w miejscu, gdzie w przyszłości ma powstać skalniak, drobne niebieskie kwiatuszki, których niestety nie jestem w stanie zidentyfikować. Nad nimi krąży nieco ospały trzmiel, brzęcząc nieustannie przy każdym machnięciu przezroczystymi skrzydełkami.


Schodzę niżej, do strumienia, gdzie z daleka widać żółcące się kaczeńce. Przez działkę przepływa potoczek (choć miano potoczka zdecydowanie podnosi rangę tego cieku wodnego), nad którym każdej wiosny rozrasta się cała polana kaczeńców! Jest ich już całkiem sporo, ale sądzę, że za tydzień, dwa będzie ich jeszcze więcej. Żółtość kaczeńców zawsze wprawia mnie w dobry nastrój.





Choć wejście do kaczeńcowego królestwa wiąże się z pewnymi poświęceniami, to jednak ośmielam się wtargnąć w nie nieproszona każdej wiosny. Swoją drogą odgłos zasysanej cholewy (tak, u mnie to w domu nigdy nie było gumiaków, były cholewy) przypomina mi taplanie się w błocie podczas najlepszych wakacji jakie dziecko mogło sobie wymarzyć! Czasem można wrócić boso - tym razem jednak udaje mi się wydobyć obydwie nogi z bagienka i podążyć dalej.



Powyżej, nad błotnistym dopływem potoczka rosną drobniutkie białe kwiatki, których nazwa również stanowi dla mnie zagadkę. Internet twierdzi, że może to być zawilec, zdrojówka, żabieniec lub coś jeszcze innego. Za to obok cała polana w pełni identyfikowalnych żółciutkich pierwiosnków!





Zmierzam pod górę, sprawdzić, czy widać Tatry (choć jestem dziwnie pewna, że przy dzisiejszym zachmurzeniu nie ma na to najmniejszych szans). A tam... wanna z widokiem! Nie miałabym nic przeciwko kąpieli w takiej scenerii, jednak... Choć wanna wydaje się tu zupełnie nie na miejscu, we wszystkim jest jakiś sens. Niestety niezbyt poetycki - z takich wanien w lecie krowy piją wodę. Jest ich na okolicznych polach dość sporo, wyglądają rzeczywiście absurdalnie.





Wychodzę na sąsiedni grzbiet. Tatr oczywiście nie widać, zupełnie jakby ich tam nie było. A przecież są! Zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. Za to świetnie widać Kotelnicę pokrytą śniegiem! Sezon narciarski zakończony, ale w ostatnich dniach spadło tu nieco białego puchu. Przy Zakopiance śnieg widać było w kilku miejscach. Może warto jednak wyciągnąć deski?





Powoli schodzę z powrotem w stronę strumienia, mijając niezliczone osty (dla mnie to tylko paskudne kłujące zielska, poprawcie mnie jeśli ktoś zna ich poprawną nazwę biologiczną). Idę wzdłuż świerkowego lasu, od czasu do czasu wąchając świeżutkie zielone gałązki. Nade mną śpiewają skowronki, z lasu dobiega stukanie dzięcioła. Nie trzeba mi więcej do szczęścia! 


 Wracam nad potoczek. Nadwone zarośla też powoli się zielenią. W gałęziach zauważam niewielkie gniazdko. Nie wiem czy zamieszkane, czy zeszłoroczne. Wokół słychać jednak mnóstwo ptaków, jest więc duża szansa, że będą pisklęta.



Powoli wracam do domu, a tam prozaicznie... cztery kubiki drewna do przerzucenia... może jednak życie w mieście ma swoje plusy...