Spójrz przez okno

Spójrz przez okno
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 maja 2014

Na ramię broń!


Zawsze kochałam książki o tematyce wojennej, dlatego też wycieczka do Muzeum Armii Krajowej, imienia generała Fieldorfa Nila była jedynie kwestią czasu. Przeczytałam właśnie powieść pod tytułem Legion, autorstwa Elżbiety Cherezińskiej, opowiadającą o partyzantce w czasie II wojny światowej w świętokrzyskim i na lubelszyczyźnie. Żeby móc lepiej wyobrazić sobie czym walczyli, jak wyglądali, czym dysponowali partyzanci, wybrałam się do Muzeum AK, które znajduje się niedaleko estakady Wita Stwosza, tuż obok tymczasowego dworca autobusowego.



Mimo, że wstęp w niedziele jest bezpłatny, oprócz nas muzeum zwiedza dosłownie kilka osób. Wchodzimy na pusty dziedziniec, przepięknie oświetlony słońcem przez w pełni przeszklony dach.



Kierujemy się w lewo, gdzie wzdłuż ściany stoi szereg witryn prezentujących różne aspekty wojennego i przedwojennego życia. Znajdziemy tu  harcerskie pasy i rogatywki, odznaczenia, medale, krzyże, pamiątki po przedwojennych olimpijczykach, ale także monety, papierosy i zapalniczki. W każdej witrynie jest ekran multimedialny, na którym wyświetlane są materiały filmowe. W jednej z witryn łopatki upamiętniające budowę Kopca Piłsudskiego. Sądzę jednak, że do samej budowy używano nieco większego sprzętu ;)


Przechodzimy dalej, do sal wystawowych. To kolejne muzeum z szufladami - w wielu miejscach w szufladach schowane są przezrocza dokumentów lub zdjęć, które można obejrzeć patrząc pod światło. Zapewne dla historyków lub entuzjastów dokumenty mogą być ciekawe, mnie po obejrzeniu kilku nieco nużą. 

Wystawa pokazuje zarówno sam początek wojny, gdy Polska jeszcze otwarcie walczyła, jak i czas okupacji, kiedy pozostała jedynie działalność konspiracyjna. W gablotach mundury i broń z tamtych czasów.



Dla tych, którzy lubią wczytywać się w szczegóły, muzeum opublikowało bardzo wiele informacji na specjalnych tablicach i planszach. Ciekawa mapa Europy przed wybuchem wojny i z zaznaczonymi kierunkami ataków poszczególnych wojsk. O tym, że granice Polski przed wojną różniły się od obecnych wie każdy, ale dopiero spojrzenie na mapę uświadamia, że tamta Polska z obecną Polską terytorialnie ma bardzo niewiele wspólnego. Dalej informacje o bitwach na linii Wizna, pod Mokrą i nad Bzurą. W każdej z nich, niezależnie od wyniku widać jedno - jak maleńka była polska armia w porównaniu z najeźdźcą. 


Prawdziwa najprawdziwsza atrapa czołgu Vickers E. Czołg ten, produkowany w Wielkiej Brytanii był zaliczany do czołgów lekkich, ze względu na swą niewielką wagę - jedynie 7 ton :) Polska w momencie wybuchu wojny posiadała 38 takich czołgów. Niedużo.



W armii obok panów walczyły również panie. Niektóre oficjalnie, w mundurach, najczęściej jako łączniczki, sanitariuszki.  Inne incognito. Jak widać groszki zawsze w modzie. Potężne poduchy na ramionach, a la lata 80-te. Kolejny dowód na to, że moda zatacza koła.


A w torebce fałszywe dokumenty i mały przyjaciel. Choć osobiście wybrałabym tego ze zdjęcia obok. Misternie zdobiony rewolwer z motywem kwiatowym, jest bardzo kobiecy. Niestety, zapewne nie zmieściłby się do torebki.


Rewolwer można też schować w książce...

Pełnowymiarowy model rakiety V-2, stosowanej przez Niemców jako broń odwetowa, do atakowania miast i ludności cywilnej. Warto obejrzeć, jest ogromna i gdy wyobrażę sobie, że coś takiego spadało na miasta... Ciarki przechodzą mi po plecach.



Muzeum ma rozbudowaną sekcję poświęconą holocaustowi i obozom jenieckim. Najpierw niemieckim stalagom i oflagom, później radzieckim łagrom. Zdjęcie przedstawiające młodego podporucznika Wojska Polskiego, i tego samego człowieka po pobycie w łagrze w Stallino (obecnie Donieck). Zdjęcia zostały wykonane w odstępie kilkunastu lat, nie zmienia to jednak faktu, że metamorfoza jest przerażająca. 



Wzruszające listy... "Kochana Mamo! Jestem zdrów i trzymam się doskonale..." ile w tym było prawdy, a ile próby uspokojenia matek, których synowie trafili do obozu jenieckiego?

 


Salon prasowy. Telegraf był głównym sposobem łączności. Obok przenośna radiostacja. Zastanawiam się, jak wyglądałaby wojna przy dzisiejszych systemach komunikacji.



Muzeum AK to cały arsenał! Udało się tu pozbierać przeróżne karabiny z czasów II wojny światowej. Szkoda opisywać - jeśli kogoś ta tematyka interesuje - po prostu warto zobaczyć!




A za zakrętem - skoczkowie szykujący się do skoku na spadochronie na teren okupowanej Polski. Jak wyglądał ekwipunek skoczka przed takim lotem świetnie opisuje fragment "Legionu": 
"Kamizelki miały zaszyte na brzuchu rulony złota, a na nerkach papierowe banknoty. (...) Ważyły po killka funtów, a w połączeniu z jesionką i porządnym angielskim wełnianym ubraniem były strojem co najmniej niewygodnym. (...). Dor po dziesięciu minutach był wprawdzie zlany potem, ale upchany. Na plecy spadochron, na głowę hełm gumowy, na udzie saperska łopatka. Elegancki kapelusz złożył i wcisnął w zewnętrzną kieszeń. Nóż i dwa kolty także. (...) leżał niczym baleron na dnie samolotu. Ugotowany i skrępowany. Gdyby nie to, że nie mógł się ruszać, skakałby z radości, że leci do Polski."

 



Sten. Pistolet maszynowy znany mi z wszystkich przeczytanych książek na temat II wojny światowej. Ale nigdy nie zastanawiałam się, jak właściwie wyglądał. Dlatego to, co zobaczyłam mocno mnie zaskoczyło. Steny były produkowane przez Anglików od 1940 roku, jako pierwsze pistolety  maszynowe brytyjskiej produkcji. Pozbawiono ich wszelkich elementów, które nie były niezbędnie konieczne, upraszczając konstrukcję do minimum. Dzięki temu steny były łatwe i tanie w produkcji. Wytwarzano je nawet w okupowanej Polsce, oczywiście w warunkach konspiracyjnych. 


Po obejrzeniu podziemnej części wystawy, czas wybrać się na piętro, gdzie znajduje się imponująca kolekcja broni palnej! O ile na dole wszystko związane jest w II wojną światową, o tyle kolekcja broni pochodzi z różnych epok. Karabiny, pistolety, rewolwery - szaleństwo dla amatorów broni!


To na przykład jest Winchester, który zawsze kojarzy mi się z bronią z Dzikiego Zachodu. W dzieciństwie zaczytywałam się w powieściach Karola Maya, a sobotnie późne wieczory spędzałam na oglądaniu westernów na "Dwójce". Nigdy jednak nie widziałam Winchestera na żywo.



I piękne rewolwery... To po prostu trzeba zobaczyć! A najlepiej dotknąć, wziąć w dłoń i postrzelać!



A w ostatniej sali... prawdziwa gratka! Dwa stanowiska z karabinami i czołg wyjeżdżający z lasu. Zapomnijcie o grach komputerowych, tutaj można poczuć się jak prawdziwy partyzant. Zamek w karabinie ciągle się zacina, czołg strzela w Twoje stanowisko, platforma na której klęczysz lub leżysz trzęsie się po każdym wystrzale. Dłoń boli od ładowania broni, kolba karabinu uderza w ramię. Strzelamy jak szaleni, kilkukrotnie unieszkodliwiając czołg. I kilkukrotnie ginąc... Strzelanie nie stanie się raczej moją pasją - siniaki od kolby karabinu mam jeszcze przez kilka dni. Ale do Muzeum AK w Krakowie i tak szczerze zapraszam!







wtorek, 29 kwietnia 2014

W szufladzie Szymborskiej



Jedno jest pewne - Szymborska była zbieraczem! Wchodząc do niewielkich pomieszczeń wystawy Szuflada Szymborskiej w Kamienicy Szołayskich mam wrażenie, jakbym wchodziła w prywatny świat poetki, przepełniony przedmiotami, bibelotami, drobiazgami, pamiątkami,  czyli mówiąc ogólnie - uroczymi duperelami. Gdyby nie szuflady panowałby tam zupełny chaos.

Przeglądając zawartość kolejnych szuflad, czuję się nieco skrępowana. To tak jakbym zaglądała w czyjś najbardziej prywatny świat. Ma to jednak ogromny urok. Chwytając niewielką gałkę i pociągając ja ku sobie na chwilę wstrzymuję powietrze z ciekawości co też zobaczę tym razem. Nie czytałam biografii noblistki, nie znam faktów z jej życia, więc to odkrywanie jest tym ciekawsze.
A szuflady? Jedna pełna zapalniczek, zapałek i wszelkich akcesoriów palacza. W drugiej notesy i kalendarze, okulary. W trzeciej wachlarz, eleganckie lorgnon, podstawowe wyposażenie kulturalnej damy w teatrze, czy operze. W czwartej skamieliny, muszle i książka... Mineralogia, petrografia, geologia. Spektrum zainteresowań doprawdy imponujące. Ale wyjaśnia skąd w wierszach Szymborskiej odniesienia do syluru czy kambru.


 


Wystawa jest też dowodem na niezwykłe poczucie humoru poetki. Ścianę zdobią zdjęcia Szymborskiej przy tablicach z nazwami miejscowości. Hultajka, Zagacie, Kadłubek to tylko niektóre z tablic, które uznała za warte sfotografowania. Są też akcenty zagraniczne, takie jak Neandertal, czy Corleone. W jednej z szuflad znajduję z kolei ciekawe pisemko w zabawny sposób  informujące o zmianie adresu.




O dowcipie i ogromnej inteligencji Szymborskiej świadczą też niezliczone pocztówki, które własnoręcznie przygotowywała, aby uraczyć nimi swych przyjaciół przy okazji najróżniejszych okazji. W kolejnych szufladach mnóstwo wycinków z gazet z  roślinami, zwierzętami, ludźmi. Jak widać warsztat poetki to nie tylko maszyna do pisania.




Ciekawa kolekcja masek teatralnych i całe multum upiększaczy przestrzeni i przypominaczy wydarzeń. Wyobrażam sobie jak musiało wyglądać mieszkanie poetki... pełne tych wszystkich szpargałów. Takie szpargały mają  ogromną moc... zatrzymują czas!





W najwyższej szufladzie medal Noblowski. Na komodzie maszyna do pisania, a nad nią oryginalne maszynopisy wierszy, z odręcznie naniesionymi poprawkami, z jej ostatniego tomiku poezji, pod znaczącym tytułem "Wystarczy". 





Po obejrzeniu wystawy czytam wiersze Szymborskiej odnajdując ich piękno na nowo. Pochłaniam kolejne strofy z wielką przyjemnością, na przemian śmiejąc się i płacząc. Czas chyba nabyć biografię i poznać nieco lepiej historię Pani Wisławy.

A wystawę polecam z całego serca! W niewielu miejscach można bezkarnie zajrzeć do cudzych szuflad! Wystawa dostępna jeszcze długo, bo do końca roku. W ramach dodatkowej zachęty - wstęp bezpłatny.


sobota, 26 kwietnia 2014

Forever Young!


Zawsze Młoda! Polska sztuka ok. 1900. W oddziale Muzeum Narodowego, w Kamienicy Szołayskich przy Placu Szczepańskim zebrano dzieła artystów początku XX wieku. Przemierzając kilka sal wystawy poznajemy sztukę tamtych czasów. W czwartkowe przedpołudnie ma to szególny urok - jestem jedyną zwiedzającą wystawę. Mogę smiać się i wzruszać na przemian, spędzając po kilka minut przed prawie każdym obrazem! 


Zacząłem obserwować samego siebie - samą istotę moją. Stan był trochę tylko odmienny - trochę niezwyczajny, a już zwrócił uwagę tego drugiego ja, który zaczął obserwować. Józef Mehoffer

W pierwszej sali autoportrery. Wojciech Weiss, Jacek Maczewski, Olga Boznańska. Malczewski w śmiesznym nakryciu głowy, jednak od razu widać odmienną, jaskrawą kolorystykę, która przeważa w większości jego obrazów. Nie jestem specjalistą, nie znam się na sztuce, wiem jedynie, że obrazy Malczewskiego zawsze wzbudzały we mnie ogromne emocje. A chyba o to chodzi w Sztuce...przez wielkie "S".


Dalej sala pełna grafik i plakatów. Zaproszenia na przedstawienia Zielonego Balonika, w Jamie Michalika. "Michalik patrzy i patrzy, a mur ma coraz pstrokatszy" - tak pisał Boy-Żeleński o kawiarni, do której wstępowali biedni studenci ASP, którzy nie mając na kawę płacili za nią obrazkami. "Bierz ten kicz; przylepisz se go do ściany, będziesz mieć lokal ubrany."




Imprezy odbywały się też w Kawiarni Turlińskiego, przy ulicy Szpitalnej 38, gdzie artyści odwiedzający kawiarnię zostawiali swe rysunki, komentarze, autografy na płótnie wielkości 6x3 metry, które dziś zdobi ścianę Kamienicy Szołayskich. Na płótnie można znaleźć ślady zostawione przez Wyspiańskiego, Rydla, Tetmajera, Mehoffera.
Kolejna sala - sala pełna pejzaży krakowskich. Tu będą tylko dwa, reszta pojawi się w swoim czasie. Wyspiański króluje!


... był to okres, kiedy w Krakowskiej Akademii, na przekór epigonom Matejki, fabrykującym tzw. "kobyły historyczne", rodziła się pod bokiem samego mistrza, dość surowym okiem patrzącego na te igraszki, szkoła pejzażu polskiego. Dolatywały z zachodu pierwsze jaskółki Impresjonizmu: słowa "kolor", "światło", "plein air" dźwięczały jak nowe rewolucyjne hasła. Tadeusz Boy-Żeleński

Niech ten obraz, Ranek w borze ciemnosmreczyńskim, Leona Wyczółkowskiego będzie najlepszym komentarzem do tego cytatu. Pejzaży utrzymanych w podobnej żywej kolorystyce jest w Muzeum mnóstwo!

I znów mój ulubiony Malczewski... obraz Moje modele. A niedaleko obok znana mi od zawsze, z szatni  w przedszkolu Główka Helenki Wyspiańskiego.




Obok świata zmysłom dostępnym, uderza cały inny jeszcze świat  niewytłumaczalny jak gdyby nadnaturalny, który nierozłącznie wiąże się z pierwszym. Zenon Przesmycki
 
Jedyny obraz nieznanego mi dotychczas autora, Vlastimila Hofmana, który zapada w pamięć. Wiosna... dlaczego taki tytuł? Czy dlatego, że jaskółka, czy może budzenie się do życia? Dla mnie najważniejszy tu jest malutki faun, kilkuletni chłopczyk, o włochatych nogach zakończonych kopytami, o niewielkich różkach wyrastających z drobnej główki... W dłoniach trzyma malutkiego ptaszka (wszelkie skojarzenia poczytuję za ze wszech miar niewłaściwe). Pytanie, czy to z troski, czy raczej chce mu zrobić krzywdę? Po spojrzeniu ukrytym pod przymkniętymi powiekami nie da się rozpoznać, czy spogląda na pisklę z ciekawością, czy nienawiścią. 


Rzeźba, bodajże Madonny, autorstwa "niepamiętamkogo", ale niewątpliwie urzekająca. W tle obraz Puste sieci Zbigniewa Pronaszko, odznaczający się jaskrawą kolorystyką na tle wszystkich innych eksponatów tej wystawy. Jako mistrzynie czwartego planu przemiłe panie pilnujące, abym przypadkiem nie próbowała zrobić zdjęcia z lampą błyskową. Gdy zorientowały się, że to im zupełnie nie grozi wróciły do zwykłych rozmów: " Cholera! Poszło mi oczko w rajstopach!"


Spoglądam na Portet żony przy stole Ignacego Pieńkowskiego i nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten artysta kochał swoją żonę z całego serca! Jej twarz i dłonie wyrażają tyle czułości, troski, miłości... Każda kobieta chciałaby zostać tak namalowana...


W młodopolskim salonie znajdzie się też jednak i miejsce dla Pani Dulskiej. Portrety w złoconych  ramach zdobiły naonczas wnętrza większości zarówno szlacheckich, jak i drobnomieszczańskich domów. Surowe matrony spoglądały na gości, elegancko konsumujących podwieczorek. Obłuda.


A stąd, jako przeciwieństwo, prosta droga do natury, której odzwierciedleniem był lud. Im bardziej góralski, tym lepiej. Efektem są zarówno portrety górali jak i liczne pejzaże górskie, o zachodzie słońca, wschodzie księżyca, wschodzie słońca i tak dalej.


Obraz Włodzimierza Tetmajera Zaloty stanowi dla mnie podsumowanie wystawy: chłopi, kolor, światło. Światło, światło i jeszcze raz światło! To trzeba zobaczyć na własne oczy. 


Na zakończenie kalendarz na rok 1907. Dziś mamy chyba więcej długich weekendów, ale takich kalendarzy już nie uświadczysz.

Wystawa czynna do końca sierpnia. Gorąco polecam!

P.S. W tekście wykorzystałam fragmenty mojego wypracowania z czwartej klasy liceum :)  Wtedy byłam znacznie mądrzejsza niż teraz...