Spójrz przez okno

Spójrz przez okno
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Poszukiwania Flokiego w zachodzącym słońcu

Floki niestety nie pojawił się. Nie tracąc jednak nadziei wybieram się na wyprawę poszukiwawczą. Rozglądając się dookoła i wołając od czasu do czasu "Floki! Floczku!" wspinam się na sąsiednie wzgórze. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, dzięki czemu wszystko wokół nabiera tej cudownie ciepłej słonecznej barwy.



Cienie z minuty na minutę robią się dłuższe, a na niebie pojawia się księżyc. Zachęcona ciepłem majowego dnia mam na sobie krótkie spodnie. Całe szczęście wykazałam się odrobiną rozsądku i założyłam przynajmniej gumiaki. Dzięki temu udaje mi się przejść przez mokradła, ale całe łydki mam potwornie poparzone pokrzywami... Reumatyzm już mi nie grozi.


Po kilkunastu minutach podejścia przede mną wreszcie  Tatry w całej okazałości! Dziś nic już ich nie skrywa! Jedynie nad górami spory biały obłok, jak parasol dający szczytom trochę cienia.


Świeżo zaorane pole, czeka na ciepłe dni aby się zazielenić. Niewiele w okolicy jest pól uprawnych, raczej łąki na których pasą się krowy i owce. Ciekawe co tu będzie rosło... A w zasadzie zupełnie nieważne co. Jakakolwiek roślinka to będzie, gdy tylko przebije się przez warstwę ziemi będzie mieć przepiękny widok na świat!


Niedaleko boisko, dumnie zwane stadionem. Wicher Dursztyn ma chyba najpiękniej położony stadion w Polsce. Jeśli ktoś widział ładniejsze miejsce do rozgrywania meczów piłki nożnej, chętnie obejrzę. Choć murawa pozostawia sporo do życzenia, trening trwa w najlepsze. A w niedziele to miejsce jest świadkiem wzlotów i upadków Wichru w rozgrywkach klasy C, grupy Podhale Wschód.



Wsi spokojna, wsi wesoła... Iście sielankowy obrazek. Domki jeden przy drugim, z charakterystycznymi dla Spisza stodołami zbitymi z desek na tyłach domów. Na tym zdjęciu dobrze widać jak wąskie są działki w tej okolicy. Dlatego większość domów w centrum wsi przylega do siebie. Do pełni szczęścia brakuje tu nieco urokliwej podhalańskiej drewnianej architektury, ale przecież nie można mieć wszystkiego. 





Czerwona Skałka, a za nią Gorce. Po tych polach mogę chodzić godzinami i nigdy mi się to nie nudzi... Wołam Flokiego, ale nadal nic. Chyba jednak nie uda mi się go znaleźć.


Na wzgórzu krzyż, z widokiem na Tatry i napisem Droga do Nieba.W takim miejscu nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jeśli jest jakaś droga do nieba, to musi prowadzić właśnie tędy!

Spoglądam w niebo. Nade mną nieduża biała plamka samolotu pasażerskiego. Zastanawiam się dokąd leci... Rok temu siedziałabym pewnie właśnie na pokładzie takiego samolotu, w wąskiej spódnicy, eleganckiej koszuli i niewygodnych szpilkach, z pełnym makijażem, sącząc białe wino, spoglądając na świat z góry i stresując się czekającymi mnie spotkaniami. Dziś, w krótkich spodniach, w gumiakach, w bluzie schlapanej błotem, z włosami spiętymi w kucyk i rzęsami tylko delikatnie pociągniętymi tuszem (co jak co, ale bez tego z domu się nie ruszę), spokojnie spaceruję przez cichą o tej porze wieś. I choć czasem tęsknię za zgiełkiem lotniska i widokiem świata z góry, to... siadam na trawie, przygryzając soczyste źdźbło, oglądam zachód słońca i jest mi tak niewiarygodnie dobrze...




piątek, 9 maja 2014

Z wizytą u braci Słowaków - Łomnica

W obliczu niepowodzenia włosko-chorwackich wojaży, a zarazem przy ogromnej potrzebie wyjazdu za granicę, wybraliśmy się... na Słowację. Wystarczy przejechać kilkanaście kilometrów i już jesteśmy na obcej ziemi, na której na dodatek płaci się w euro. Europa pełną gębą!
Po drodze przez Trybsz i Czarną Górę przepiękne widoki Tatr!



Przejście graniczne (jeśli w dzisiejszych czasach w ogóle takie pojęcie jeszcze istnieje) w Jurgowie jest chyba najpiękniej położonym przejściem granicznym w Polsce. Nad Tatrami czarne chmury, z których dokładnie w momencie przekroczenia granicy zaczyna lać deszcz... Słowacja wita nas rzęsistą ulewą.


Tuż za granicą przejeżdżamy przez rozległą jak na słowackie warunki miejscowość Zdiar. Zdiar ciągnie się przez kilka kilometrów, ciesząc nasze oczy bardzo malowniczą drewnianą architekturą i licznymi wyciągami narciarskimi. Wrócimy tu w zimie. Zabudowa dość gęsta, ale może dzięki temu wydaje się jeszcze bardziej przytulna. Niedaleko za wsią po prawej stronie zaczyna się pas lasu zniszczonego przez wiatr, czyżby jeszcze efekty huraganu z 2004 roku? Taki krajobraz towarzyszy nam do Tatrzańskiej Łomnicy.



Po chwili ukazuje nam się Łomnica (Lomnicky Stit, 2634 m n.p.m.) drugi co do wysokości szczyt Tatr, cel naszej wyprawy.


Zabrzmiało ambitnie, ale niestety wybieramy się tam kolejką. Zresztą na sam szczyt nie prowadzi żaden ogólnodostępny szlak turystyczny, można tam wejść jedynie z przewodnikiem. Jakiż spotyka nas zawód, gdy przy kasie okazuje się, że na ten dzień wszystkie bilety zostały wykupione. Możemy wyjechać jedynie do Łomnickiego Stawu (Skalnate Pleso). Czteroosobową gondolką wyjeżdżamy do pierwszej stacji, następnie przesiadamy się do 15-osobowego wagonika, który wywozi nas nad staw.  Łomnica góruje nad nami, na przemian  tonąc w chmurach i pojawiając się w pełnym słońcu. Wysiadamy z kolejki i...


... dokładnie rozumiemy, dlaczego zabrakło biletów na wyjazd na samą Łomnicę. Na szczyt bowiem można wyjechać jedynie maleńkim wagonikiem, sunącym po rozwieszonych nad przepaścią linach. Między stawem a szczytem nie ma żadnej podpory. Wagonik wygląda jak mała czerwona biedronka na tle olbrzymich skał! 
Kursuje tam i z powrotem, zabierając na pokład kilka, może kilkanaście osób. Porównując to z przepustowością kolejek prowadzących do Łomnickiego Stawu trudno się dziwić, że niewielu turystów może wyjechać na samą górę. Trzeba jednak przyznać, że to wycieczka dla odważnych, a przynajmniej dla tych, którzy nie mają lęku wysokości.
 
Zawiedzeni niepowodzeniem wyprawy, postanawiamy jednak miło spędzić czas na wysokości 1751 m n.p.m. (to i tak o 26 metrów wyżej niż nasza Babia Góra). Łomnica pięknie odbija się w wodach jeziora. To miejsce porównywane jest z Morskim Okiem. Porównanie bardzo trafne, ale jedynie jeśli chodzi o ilość turystów. Poza tym nie widzę podobieństw. Nad Morskim Okiem jest się w sercu Tatr. Tutaj, mimo, że Wysokie Tatry są w zasięgu ręki jest się jedynie na obrzeżach - cały czas widać życie na słowackim Podhalu.


Turystów dużo, również takich niezbyt pasujących do krajobrazu... Kolejką wyjechać może każdy, nawet motocyklista, ciekawe - czy  z motorem? Mimo, że to park narodowy, widzimy kilka psów. W polskich  Tatrach nie do pomyślenia.

Obok stacji kolejki Słowacy postawili obserwatorium astronomiczne. Aby ułatwić transport sprzętu i zapasów, do obserwatorium prowadzą szyny - podobne do szyn w kopalni soli w Wieliczce.


Przedgórze Tatr na Słowacji, pomiędzy Tatrami Wysokimi i Niskimi  bardzo przypomina Podhale. Płaskie tereny, pola, niewiele lasu, zbiorniki wodne. Patrzymy na południe, wiedząc, że po drugiej stronie Tatr na północy jest bardzo podobnie. I tak samo pięknie.




Niestety widok spod obserwatorium psuje budynek kolejki... Wiem, że takie budowle są na przykład w Alpach na porządku dziennym, ale... w Tatrach to po prostu boli...


Spacer wokół stawu,  w ramach rozruszania kości. Emeryci. Trochę po śniegu, trochę po kamieniach, rzuconych tak, aby wyeliminować turystów w klapkach.



No dobrze, a teraz przejdźmy do mniej miłej części. Czy to miło wyjechać sobie na 1750 metrów? Albo na 2600? Czy to miło pospacerować sobie bez wysiłku, w stroju motocyklowym albo w klapkach po Tatrach? Czy to miło zjechać na nartach ze świetnie przygotowanego stoku? Miło. Za jedyne 20 euro te atrakcje są na wyciągnięcie ręki. Ale.. jakim kosztem?

Pas kosodrzewiny pod kolejką. A raczej wspomnienie po kosodrzewinie.

Trasa zjazdowa o tej porze roku to po prostu pas żwiru i ziemi, na którym widać maty przytrzymujące śnieg podczas sezonu narciarskiego. Wygląda to naprawdę paskudnie. Trasa nie jest bardzo szeroka, ale serce się kraje patrząc na takie zniszczenie.

Tereny wokół stacji kolejki wyglądają jak pustynia. Może kiedyś na nowo wyrosną tu drzewa lub chociaż trawa, ale równie dobrze może się okazać, że powstanie tu deptak w stylu Krupówek.


Sama jeżdżę na nartach. Ale patrząc na taką dewastację przyrody zastanawiam się, czy w tych miejcach naprawdę warto... W tych naszych maleńkich bądź co bądź Tatrach, czy to polskich, czy słowackich, szkoda każdego kamienia, każdego źdźbła trawy... Może Tatry powinny być tylko dla tych, którzy potrafią o własnych siłach wejść, czy to na nartach czy pieszo, a potem jeszcze zjechać czy zejść...

Aby jednak koniec nie był tak katastroficzny, jest i promyk nadziei. Wygląda na to, że mimo zniszczeń słowackie Tatry są nadal na tyle dzikie, że pojawił się w nich Yeti!







środa, 7 maja 2014

Przez Jurgowskie Hale


Zaraz za Dursztynem zaczynają się Jurgowskie Hale. Ostatni budynek we wsi, dwa kroki i już można wypasać owce. Miejsce jest niezwykle urokliwe (jak większość okolic Dursztyna). 

Hale zostały kupione przez Jurgowian od ostatniej właścicielki Zamku w Niedzicy, aby na łącznie 160 hektarach mogli wypasać owce. Owce pasą się tu po dziś dzień. Na końcu hal stoi bacówka, ale o niej innym razem. 



Teraz skręcamy z drogi w pola, aby wejść na wzgórze, z którego widać nieco świata. Pieniny majaczą zamglone na horyzoncie. Na wzgórzu biały kierdel owiec.






Tatry w chmurach. Nie są w tym roku dla nas zbyt łaskawe. W zasadzie za każdym razem, gdy wybieramy się na nie popatrzeć, chowają się w gęstych chmurzyskach. Za to całkiem wyraźnie widać Gorce.



Wiosenno-błękitna panorama okolicy. Po lewej, za pagórkiem jest Jezioro Czorsztyńskie. Żeby je zobaczyć, trzeba by wyjść nieco wyżej.



Podchodzimy do wyrastającej wprost z trawy skałki. Takich wapiennych skał wystających ni stąd ni zowąd w najmniej spodziewanych miejscach jest w tych okolicach bardzo dużo. Ta skałka jest popularnym miejscem ogniskowym - spalone szczapy i mnóstwo śmieci... A to Polska właśnie...


Nieco dalej, dobrze schowane w lesie stoją ule. Fotografujemy je ukradkiem i w dużym pośpiechu, aby nie narazić się na ugryzienia pszczół.



Spod nóg ucieka nam jaszczurka - tym razem Pan Jaszczurka Zwinka w żywozielonych barwach godowych. 


Na porządnym pastwisku powinno być ogrodzenie i brama. Brama jest. Ogrodzenia natomiast nie widać :) Wrażenie jest więc nieco absurdalne.


Poniżej źródełko i wodopój dla owiec. Podchodzimy bliżej, zaglądamy do środka wydrążonego pnia i ochota na spróbowanie wody skutecznie nas opuszcza. Współczuję owcom, chyba, że lubią wodę z zieloną wkładką.


Żabom natomiast ten zakątek niezmiernie się podoba! Uciekają nam spod nóg małe żabki. Jedna po drobnej zachęcie przysiada na mojej dłoni. Całować, nie całować? Znów wraca dzieciństwo... Czuję się jak Lisa i Anna (razem wzięte) z Dzieci z Bullerbyn, odczarowujące zaklętego księcia pocałunkami... Taś, taś książę...


poniedziałek, 5 maja 2014

Floki

Przybłąkał się wieczorem. Wyglądał jak siedem nieszczęść! Brudny, w szaroburym kolorze błota, skołtuniony, wystraszony. Chował się pod tarasem przed strugami zimnego deszczu. Na początku warczał i uciekał. Później przekonał się, że nic złego mu nie grozi. Po zjedzeniu michy pysznego jedzonka miał już pewność, że trafił całkiem nienajgorzej. Po kilku godzinach odważył się podejść, obwąchał nas i nawet dał się delikatnie pogłaskać za uchem. 

Imię przyszło samo - Floki. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości zdjęcie bohatera Wikingów dla porównania (http://vikings.wikia.com).




W środku nocy dał się namówić na wejście do przedsionka. Zaraz za progiem zaatakował go kudłaty bury kundel spoglądający z lustra. Szybka ucieczka na pole. Po kilku minutach kolejna próba, obwąchanie dziwnego stwora w lustrze, obwąchanie moich pantofli, kaloryfera i kolejny przerażający wróg - odkurzacz! W tył zwrot i na pole. Dał się namówić na powrót i głaskanie za uszkiem, ale zostać w przedsionku na noc nie chciał. Zdecydowanie nie podobał mu się pomysł z zamknięciem drzwi. Noc spędził więc przed drzwiami, osłonięty przynajmniej od deszczu. 

Rano przywitał mnie merdającym kikutkiem ogona i uśmiechem w pięknych psich oczach! Nie kazał się długo zapraszać na taras, gdzie czekały smakołyki. Wszystko było nowe i ciekawe. Świat oglądany z tarasu wyglądał zupełnie inaczej niż ten widziany z poziomu błota. Na drewnianych deskach miło było położyć się w słońcu i wysuszyć brudne kłaki. Po wysuszeniu okazało się, że są znacznie jaśniejsze niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Po śniadaniu czas na spacer. Choć Floki biega samopas od conajmniej kilku miesięcy, spacer w towarzystwie ewidentnie przypadł mu do gustu. Uśmiechnięty całym sobą, od czubka nosa po czubek ogona, jak tylko pies potrafi. Obiega nas dookoła, zaganiając "stado" w jedną grupę, jak na prawdziwego psa pasterskiego przystało. 




Floki jest zachwycony bobrowym domem podobnie jak my. Wdrapuje się na pień ściętego drzewa i stoi na nim niepewnie, przypominając zagubioną owcę.  Zeskakuje zgrabnie na ląd suchą łapą i myszkuje dalej wokół bobrowych włości. 


Czuje się z nami bardzo swobodnie. Od samego początku reaguje na swoje nowe imię. Wie, że jest Flokim, przybiega na każde zawołanie. Szaleje po polach, goniąc pomiędzy nami z wyrazem radości na słodkiej mordzie i z wywieszonym różowym jęzorem. Jak na tak niedużego czworonoga skacze bardzo wysoko! Przeskakuje przez głęboką trawę, która prawie go zakrywa. Wygląda jak jeden wielki kłąb psiej sierści wynurzający się z traw. Gdy skacze, najrozkoszniej wyglądają uszy, powiewające na wszystkie strony przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Uszy zdecydowanie żyją własnym życiem.

Wracamy powoli do domu. Floki dostaje zasłużoną michę, pozwala podrapać się po brzuszku. Głaskanie go nie należy niestety do przyjemności i wymaga mycia rąk co 3 minuty, dla zachowania choćby pozorów higieny. Ale sprawia mu to tyle radości, że nie mogę mu tego odmówić. 
Niestety, czas powrotu do Krakowa zbliża się wielkimi krokami. Nie możemy zabrać go ze sobą. To znaczy... tym razem... Floki z niedowierzaniem spogląda za odjeżdżającym samochodem. Bałam się, że za nami pobiegnie, ale nie, zostaje z godnością pilnować domu. Zapas jedzenia powinien mu wystarczyć na trochę. A za tydzień... mam ogromną nadzieję, że do nas przyjdzie! A wtedy... nie dam mu już odejść! :)