Spójrz przez okno

Spójrz przez okno
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2014

Floki przychodzi z deszczem

Po powrocie z długiego porannego spaceru, zasiadam z kawką i książką na kanapie. Zbiera się na deszcz, czas więc na chwilę relaksu. Wyciągam nogi na stół... i widzę jak na na taras wbiega burza kłaków, wiedziona mokrym brązowym nosem, który z nadzieją przykleja się do szyby! Floki! Wróciłeś!

Tak wygląda kudłata psia radość! Nie wiadomo gdzie się kończy, a gdzie zaczyna. Nie wiadomo, czy to głowa, czy część ogoniasta, czy ucho, czy łapa, nie nadążam za tą radością! I tylko, głaszcz, przytulaj, drap za uszami i nie przejmuj się tym,  że jestem taki brudny! Co tam pchły, tak się cieszę że jesteś!

Po pierwszych powitalnych czułościach, zaczyna się wąchanie michy. Pustej. Po chwili miska zapełnia się pachnącym jedzeniem, a Flokiemu aż się uszy trzęsą od łapczywego pochłaniania jej zawartości.  Mięso znika w sekundach. Warzywa muszą poczekać na swoją kolej. Jak zgłodnieje, też zje.

Floki ma niestety pecha. Do wyjazdu zostało dosłownie kilka godzin. Nie zabierzemy go bez wcześniejszego prania, najlepiej z wybielaczem, w 90 stopniach, z porządnym odwirowaniem... Dajemy mu chwilkę ochłonąć, a sami przygotowujemy się do operacji kąpiel. Szampon psi zakupiony. Problem stanowi jedynie naczynie do kąpania - do własnej wanny na pewno go w tym stanie nie wpuszczę. Ostatecznie postanawiamy wykąpać go po prostu na trawie, na zasadzie - jedno trzyma, drugie polewa ciepłą wodą. W teorii plan był doskonały. Z praktyką poszło już znacznie gorzej... 

Odziana w najbrudniejsze z możliwych robocze ubrania, przytulam psa do siebie, w tym czasie na jego grzbiet delikatnie leje się ciepła woda z wiaderka. Próba ucieczki - udaremniona. Nakładam nieco psiego szamponu na dłoń i delikatnie wcieram w brudaśne kudły. Floki się uspokaja, ewidentnie takie głaskanie z pianą mu odpowiada. Niestety, w momencie próby spłukania piany wyrywa się i ucieka. Biega po trawie jak szalony, ale w końcu wraca. Daje się namydlić jeszcze raz, ale przy spłukiwaniu sytuacja się powtarza. Tym razem Floki znika na dobrych kilka chwil. Widzimy jak biegnie drogą, otrzepując się z piany, za nim wzbijają się tumany kurzu. Jesteśmy przekonani, że po tak traumatycznych przeżyciach już nie wróci.

A jednak, pojawia się. Niepewny, lekko obrażony. Kładzie się na schodach przed wejściem i najpierw udaje, że go w ogóle nie ma. Lecz gdy do niego podchodzę, przekłada pysk przez barierki i szturcha mnie nosem. Domaga się głaskania. Chyba w ramach przeprosin za straty moralne.




Jest na nim jeszcze sporo piany, po chwili podejmujemy więc ostatnią próbę. Tym razem sprawa odbywa się po męsku, ja nie biorę już w tym udziału. Floki jest delikatnie obmywany wodą, już nie laną wprost z wiaderka ale nanoszoną dłońmi. Daje się oszukiwać, że to jedynie głaskanie tylko przez chwilę. W pewym momencie wyrywa się i pędzi przez taras jak szalony! 

Tak wygląda zmokły Floki, probujący otrzepać się z resztek wody i piany.  Tarza się po tarasie, próbując wetrzeć wszystkie pchły w deski. Prawdopodobnie te małe paskudztwa pod wpływem szamponu zaczęły gryźć niemiłosiernie i gromadzić sie w miejscach dla psiego drapania niedostępnych, bo Floki przychodzi do mnie i każe się drapać po grzbiecie. Gdy tylko przestaję delikatnie chwyta moją dłoń zębami i nakierowuje w miejsca, gdzie drapanie jest konieczne. Po zadaniu mu takich męczarni choć tyle możemy dla niego zrobić. 

Efekty prania psa są marne. A na tarasie trwa malowanie ławki. Floki szukając miejsca do drapania grzbietu bezbłędnie trafia na kant nowiutkiej ławeczki i wyciera grzbiet w świeżo pomalowane drewno... Jego ledwo co wyprane futro jest teraz jasnobrązowe, świetnie pasuje do koloru domu. Floki, obawiam się, że następnym razem będziesz prany przy użyciu rozpuszczalnika... 

Gdy Floki nieco wysycha, zaczyna się zabawa z nożyczkami. Udaje mi się obciąć mu sporo skudlonych kołtunów. Wyglądają jak filc. Obcinając te najgorsze kudły koło uszu, muszę dobrze się naszukać, żeby zidentyfikować wśród nich uszy rzeczywiste i domniemane. Co ciekawe psu to przycinanie bardzo się podoba. Przynajmniej jeden promyk nadziei. 

Zakładam mu wcześniej zakupioną obrożę przeciw insektom. Podobno odstrasza zarówno pchły jak i kleszcze. Mam nadzieję, bo kleszczy nasz biedaczek miał w sobie sporo... Obroża bardzo mu odpowiada, nie zgłasza najmniejszych sprzeciwów.

Niestety,  czas wyjazdu zbliża się wielkimi krokami. Floki przy próbie zamknięcia go choć na chwilę w przedsionku zaczyna wariować. Skuczy, skacze do okna. Nie odnajduje się w zamkniętym pomieszczeniu. Poza tym, nadal jest potwornie brudny. Nie jesteśmy więc w stanie zabrać go z nami. Postanawiamy więc kolejnym razem lepiej przygotować się do kąpieli, kupując wanienkę dla psa :) 



A tymczasem, męskie dłonie w błyskawicznym tempie zbijają prowizoryczną budę z płyt meblowych zalegających w piwnicy. W  międzyczasie rozpętała się potworna ulewa, chcemy więc, żeby Floki miał choćby takie schronienie. Floki od razu rozumie, że to jego nowy dom. Wchodzi do środka, układa się wygodnie osłonięty od deszczu i wiatru, zwija się w kłębek i zasypia... Jestem dziwnie spokojna, że będzie na nas czekał... 






poniedziałek, 12 maja 2014

Poszukiwania Flokiego w zachodzącym słońcu

Floki niestety nie pojawił się. Nie tracąc jednak nadziei wybieram się na wyprawę poszukiwawczą. Rozglądając się dookoła i wołając od czasu do czasu "Floki! Floczku!" wspinam się na sąsiednie wzgórze. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, dzięki czemu wszystko wokół nabiera tej cudownie ciepłej słonecznej barwy.



Cienie z minuty na minutę robią się dłuższe, a na niebie pojawia się księżyc. Zachęcona ciepłem majowego dnia mam na sobie krótkie spodnie. Całe szczęście wykazałam się odrobiną rozsądku i założyłam przynajmniej gumiaki. Dzięki temu udaje mi się przejść przez mokradła, ale całe łydki mam potwornie poparzone pokrzywami... Reumatyzm już mi nie grozi.


Po kilkunastu minutach podejścia przede mną wreszcie  Tatry w całej okazałości! Dziś nic już ich nie skrywa! Jedynie nad górami spory biały obłok, jak parasol dający szczytom trochę cienia.


Świeżo zaorane pole, czeka na ciepłe dni aby się zazielenić. Niewiele w okolicy jest pól uprawnych, raczej łąki na których pasą się krowy i owce. Ciekawe co tu będzie rosło... A w zasadzie zupełnie nieważne co. Jakakolwiek roślinka to będzie, gdy tylko przebije się przez warstwę ziemi będzie mieć przepiękny widok na świat!


Niedaleko boisko, dumnie zwane stadionem. Wicher Dursztyn ma chyba najpiękniej położony stadion w Polsce. Jeśli ktoś widział ładniejsze miejsce do rozgrywania meczów piłki nożnej, chętnie obejrzę. Choć murawa pozostawia sporo do życzenia, trening trwa w najlepsze. A w niedziele to miejsce jest świadkiem wzlotów i upadków Wichru w rozgrywkach klasy C, grupy Podhale Wschód.



Wsi spokojna, wsi wesoła... Iście sielankowy obrazek. Domki jeden przy drugim, z charakterystycznymi dla Spisza stodołami zbitymi z desek na tyłach domów. Na tym zdjęciu dobrze widać jak wąskie są działki w tej okolicy. Dlatego większość domów w centrum wsi przylega do siebie. Do pełni szczęścia brakuje tu nieco urokliwej podhalańskiej drewnianej architektury, ale przecież nie można mieć wszystkiego. 





Czerwona Skałka, a za nią Gorce. Po tych polach mogę chodzić godzinami i nigdy mi się to nie nudzi... Wołam Flokiego, ale nadal nic. Chyba jednak nie uda mi się go znaleźć.


Na wzgórzu krzyż, z widokiem na Tatry i napisem Droga do Nieba.W takim miejscu nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jeśli jest jakaś droga do nieba, to musi prowadzić właśnie tędy!

Spoglądam w niebo. Nade mną nieduża biała plamka samolotu pasażerskiego. Zastanawiam się dokąd leci... Rok temu siedziałabym pewnie właśnie na pokładzie takiego samolotu, w wąskiej spódnicy, eleganckiej koszuli i niewygodnych szpilkach, z pełnym makijażem, sącząc białe wino, spoglądając na świat z góry i stresując się czekającymi mnie spotkaniami. Dziś, w krótkich spodniach, w gumiakach, w bluzie schlapanej błotem, z włosami spiętymi w kucyk i rzęsami tylko delikatnie pociągniętymi tuszem (co jak co, ale bez tego z domu się nie ruszę), spokojnie spaceruję przez cichą o tej porze wieś. I choć czasem tęsknię za zgiełkiem lotniska i widokiem świata z góry, to... siadam na trawie, przygryzając soczyste źdźbło, oglądam zachód słońca i jest mi tak niewiarygodnie dobrze...




poniedziałek, 5 maja 2014

Floki

Przybłąkał się wieczorem. Wyglądał jak siedem nieszczęść! Brudny, w szaroburym kolorze błota, skołtuniony, wystraszony. Chował się pod tarasem przed strugami zimnego deszczu. Na początku warczał i uciekał. Później przekonał się, że nic złego mu nie grozi. Po zjedzeniu michy pysznego jedzonka miał już pewność, że trafił całkiem nienajgorzej. Po kilku godzinach odważył się podejść, obwąchał nas i nawet dał się delikatnie pogłaskać za uchem. 

Imię przyszło samo - Floki. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości zdjęcie bohatera Wikingów dla porównania (http://vikings.wikia.com).




W środku nocy dał się namówić na wejście do przedsionka. Zaraz za progiem zaatakował go kudłaty bury kundel spoglądający z lustra. Szybka ucieczka na pole. Po kilku minutach kolejna próba, obwąchanie dziwnego stwora w lustrze, obwąchanie moich pantofli, kaloryfera i kolejny przerażający wróg - odkurzacz! W tył zwrot i na pole. Dał się namówić na powrót i głaskanie za uszkiem, ale zostać w przedsionku na noc nie chciał. Zdecydowanie nie podobał mu się pomysł z zamknięciem drzwi. Noc spędził więc przed drzwiami, osłonięty przynajmniej od deszczu. 

Rano przywitał mnie merdającym kikutkiem ogona i uśmiechem w pięknych psich oczach! Nie kazał się długo zapraszać na taras, gdzie czekały smakołyki. Wszystko było nowe i ciekawe. Świat oglądany z tarasu wyglądał zupełnie inaczej niż ten widziany z poziomu błota. Na drewnianych deskach miło było położyć się w słońcu i wysuszyć brudne kłaki. Po wysuszeniu okazało się, że są znacznie jaśniejsze niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Po śniadaniu czas na spacer. Choć Floki biega samopas od conajmniej kilku miesięcy, spacer w towarzystwie ewidentnie przypadł mu do gustu. Uśmiechnięty całym sobą, od czubka nosa po czubek ogona, jak tylko pies potrafi. Obiega nas dookoła, zaganiając "stado" w jedną grupę, jak na prawdziwego psa pasterskiego przystało. 




Floki jest zachwycony bobrowym domem podobnie jak my. Wdrapuje się na pień ściętego drzewa i stoi na nim niepewnie, przypominając zagubioną owcę.  Zeskakuje zgrabnie na ląd suchą łapą i myszkuje dalej wokół bobrowych włości. 


Czuje się z nami bardzo swobodnie. Od samego początku reaguje na swoje nowe imię. Wie, że jest Flokim, przybiega na każde zawołanie. Szaleje po polach, goniąc pomiędzy nami z wyrazem radości na słodkiej mordzie i z wywieszonym różowym jęzorem. Jak na tak niedużego czworonoga skacze bardzo wysoko! Przeskakuje przez głęboką trawę, która prawie go zakrywa. Wygląda jak jeden wielki kłąb psiej sierści wynurzający się z traw. Gdy skacze, najrozkoszniej wyglądają uszy, powiewające na wszystkie strony przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Uszy zdecydowanie żyją własnym życiem.

Wracamy powoli do domu. Floki dostaje zasłużoną michę, pozwala podrapać się po brzuszku. Głaskanie go nie należy niestety do przyjemności i wymaga mycia rąk co 3 minuty, dla zachowania choćby pozorów higieny. Ale sprawia mu to tyle radości, że nie mogę mu tego odmówić. 
Niestety, czas powrotu do Krakowa zbliża się wielkimi krokami. Nie możemy zabrać go ze sobą. To znaczy... tym razem... Floki z niedowierzaniem spogląda za odjeżdżającym samochodem. Bałam się, że za nami pobiegnie, ale nie, zostaje z godnością pilnować domu. Zapas jedzenia powinien mu wystarczyć na trochę. A za tydzień... mam ogromną nadzieję, że do nas przyjdzie! A wtedy... nie dam mu już odejść! :)