Spójrz przez okno

Spójrz przez okno

piątek, 9 maja 2014

Z wizytą u braci Słowaków - Łomnica

W obliczu niepowodzenia włosko-chorwackich wojaży, a zarazem przy ogromnej potrzebie wyjazdu za granicę, wybraliśmy się... na Słowację. Wystarczy przejechać kilkanaście kilometrów i już jesteśmy na obcej ziemi, na której na dodatek płaci się w euro. Europa pełną gębą!
Po drodze przez Trybsz i Czarną Górę przepiękne widoki Tatr!



Przejście graniczne (jeśli w dzisiejszych czasach w ogóle takie pojęcie jeszcze istnieje) w Jurgowie jest chyba najpiękniej położonym przejściem granicznym w Polsce. Nad Tatrami czarne chmury, z których dokładnie w momencie przekroczenia granicy zaczyna lać deszcz... Słowacja wita nas rzęsistą ulewą.


Tuż za granicą przejeżdżamy przez rozległą jak na słowackie warunki miejscowość Zdiar. Zdiar ciągnie się przez kilka kilometrów, ciesząc nasze oczy bardzo malowniczą drewnianą architekturą i licznymi wyciągami narciarskimi. Wrócimy tu w zimie. Zabudowa dość gęsta, ale może dzięki temu wydaje się jeszcze bardziej przytulna. Niedaleko za wsią po prawej stronie zaczyna się pas lasu zniszczonego przez wiatr, czyżby jeszcze efekty huraganu z 2004 roku? Taki krajobraz towarzyszy nam do Tatrzańskiej Łomnicy.



Po chwili ukazuje nam się Łomnica (Lomnicky Stit, 2634 m n.p.m.) drugi co do wysokości szczyt Tatr, cel naszej wyprawy.


Zabrzmiało ambitnie, ale niestety wybieramy się tam kolejką. Zresztą na sam szczyt nie prowadzi żaden ogólnodostępny szlak turystyczny, można tam wejść jedynie z przewodnikiem. Jakiż spotyka nas zawód, gdy przy kasie okazuje się, że na ten dzień wszystkie bilety zostały wykupione. Możemy wyjechać jedynie do Łomnickiego Stawu (Skalnate Pleso). Czteroosobową gondolką wyjeżdżamy do pierwszej stacji, następnie przesiadamy się do 15-osobowego wagonika, który wywozi nas nad staw.  Łomnica góruje nad nami, na przemian  tonąc w chmurach i pojawiając się w pełnym słońcu. Wysiadamy z kolejki i...


... dokładnie rozumiemy, dlaczego zabrakło biletów na wyjazd na samą Łomnicę. Na szczyt bowiem można wyjechać jedynie maleńkim wagonikiem, sunącym po rozwieszonych nad przepaścią linach. Między stawem a szczytem nie ma żadnej podpory. Wagonik wygląda jak mała czerwona biedronka na tle olbrzymich skał! 
Kursuje tam i z powrotem, zabierając na pokład kilka, może kilkanaście osób. Porównując to z przepustowością kolejek prowadzących do Łomnickiego Stawu trudno się dziwić, że niewielu turystów może wyjechać na samą górę. Trzeba jednak przyznać, że to wycieczka dla odważnych, a przynajmniej dla tych, którzy nie mają lęku wysokości.
 
Zawiedzeni niepowodzeniem wyprawy, postanawiamy jednak miło spędzić czas na wysokości 1751 m n.p.m. (to i tak o 26 metrów wyżej niż nasza Babia Góra). Łomnica pięknie odbija się w wodach jeziora. To miejsce porównywane jest z Morskim Okiem. Porównanie bardzo trafne, ale jedynie jeśli chodzi o ilość turystów. Poza tym nie widzę podobieństw. Nad Morskim Okiem jest się w sercu Tatr. Tutaj, mimo, że Wysokie Tatry są w zasięgu ręki jest się jedynie na obrzeżach - cały czas widać życie na słowackim Podhalu.


Turystów dużo, również takich niezbyt pasujących do krajobrazu... Kolejką wyjechać może każdy, nawet motocyklista, ciekawe - czy  z motorem? Mimo, że to park narodowy, widzimy kilka psów. W polskich  Tatrach nie do pomyślenia.

Obok stacji kolejki Słowacy postawili obserwatorium astronomiczne. Aby ułatwić transport sprzętu i zapasów, do obserwatorium prowadzą szyny - podobne do szyn w kopalni soli w Wieliczce.


Przedgórze Tatr na Słowacji, pomiędzy Tatrami Wysokimi i Niskimi  bardzo przypomina Podhale. Płaskie tereny, pola, niewiele lasu, zbiorniki wodne. Patrzymy na południe, wiedząc, że po drugiej stronie Tatr na północy jest bardzo podobnie. I tak samo pięknie.




Niestety widok spod obserwatorium psuje budynek kolejki... Wiem, że takie budowle są na przykład w Alpach na porządku dziennym, ale... w Tatrach to po prostu boli...


Spacer wokół stawu,  w ramach rozruszania kości. Emeryci. Trochę po śniegu, trochę po kamieniach, rzuconych tak, aby wyeliminować turystów w klapkach.



No dobrze, a teraz przejdźmy do mniej miłej części. Czy to miło wyjechać sobie na 1750 metrów? Albo na 2600? Czy to miło pospacerować sobie bez wysiłku, w stroju motocyklowym albo w klapkach po Tatrach? Czy to miło zjechać na nartach ze świetnie przygotowanego stoku? Miło. Za jedyne 20 euro te atrakcje są na wyciągnięcie ręki. Ale.. jakim kosztem?

Pas kosodrzewiny pod kolejką. A raczej wspomnienie po kosodrzewinie.

Trasa zjazdowa o tej porze roku to po prostu pas żwiru i ziemi, na którym widać maty przytrzymujące śnieg podczas sezonu narciarskiego. Wygląda to naprawdę paskudnie. Trasa nie jest bardzo szeroka, ale serce się kraje patrząc na takie zniszczenie.

Tereny wokół stacji kolejki wyglądają jak pustynia. Może kiedyś na nowo wyrosną tu drzewa lub chociaż trawa, ale równie dobrze może się okazać, że powstanie tu deptak w stylu Krupówek.


Sama jeżdżę na nartach. Ale patrząc na taką dewastację przyrody zastanawiam się, czy w tych miejcach naprawdę warto... W tych naszych maleńkich bądź co bądź Tatrach, czy to polskich, czy słowackich, szkoda każdego kamienia, każdego źdźbła trawy... Może Tatry powinny być tylko dla tych, którzy potrafią o własnych siłach wejść, czy to na nartach czy pieszo, a potem jeszcze zjechać czy zejść...

Aby jednak koniec nie był tak katastroficzny, jest i promyk nadziei. Wygląda na to, że mimo zniszczeń słowackie Tatry są nadal na tyle dzikie, że pojawił się w nich Yeti!







Z cyklu: Tymczasem na Rynku... czyli Kopernik była kobietą!

Czwartkowe popołudnie. Jak na porządną krakowską rodzinę przystało zmierzamy na kulturalny spacer po Rynku. Wchodzimy od strony Mikołajskiej i już z daleka widzimy ogromny czarny namiot, odcinający się na tle jasnych budynków dodatkowo oświetlonych popołudniowym słońcem. Z tyłu wygląda paskudnie. Obchodzimy namiot dookoła i okazuje się, że to estrada przygotowana na występ operowy! Z przodu jest już nieco lepiej, ale i tak prezentuje się dość mrocznie.



Z okazji Jubileuszu 650-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego w najbliższą sobotę, 10 maja o 20:30 na Rynku odbędzie się widowisko operowe Universa - Opera Otwarta. Ciekawy pomysł, żałuję, że nie będę mogła obejrzeć. Szczególnie, że w roli Mikołaja Kopernika wystąpi... Małgorzata Walewska! Kolejny dowód na to, że Kopernik była kobietą.






Z drugiej strony Ratusza oraz przed Pałacem pod Baranami króluje OFF Plus Camera. Mnóstwo ludzi i samochodów festiwalowych, dzieje się. Wpadamy w sam środek kolumny samochodów wiozących VIP-ów na kolację do Wentzla. Wszędzie żandarmeria wojskowa i dużo smutnych panów ubranych na czarno. Lepiej stąd zmykać ;)


Przed kościółkiem Św. Wojciecha otwarty punkt konsultacji społecznych w sprawie zimowych igrzysk olimpijskich. Ciekawe, czy mówią tylko o tym ile zarobimy na igrzyskach, czy też o tym ile wydamy? Niedaleko listy wyborcze z kandydatami do Parlamentu Europejskiego. Abstrahując od poglądów politycznych podoba mi się, że Rynek jest wykorzystywany do przekazywania tego typu informacji i do umożliwiania dyskusji na tematy społeczno-polityczne.


Tuż obok wystawa dotycząca funduszy europejskich. Zdjęcia i opisy budynków i inwestycji, które zrealizowano w ostatnich latach korzystając z funduszy. Rozstrzał projektów jest spory - od kładki na Dunajcu w Sromowcach, po nieszczęsny budynek Opery Krakowskiej. Niektóre z inwestycji wyglądają naprawdę ciekawie. Warto obejrzeć.


Na Rynku mnóstwo ludzi. Krakowian i turystów. I dobrze, widać, że Kraków żyje. Po męczącym przebijaniu  się przez tłumy, czas na zasłużone zimne piwko z sokiem malinowym, mniam. Jak to dobrze, że sezon ogródkowy już w pełni. Ogródek w Re jak zwykle pęka w szwach.


Spacerkiem do domu, obok Dworca. A tam, na Placu Jeziorańskiego wystawa pojazdów straży pożarnej. Czerwienią się cudnie w świetle zachodzącego słońca. Brakuje tylko przystojnych strażaków w akcji...




czwartek, 8 maja 2014

Na ramię broń!


Zawsze kochałam książki o tematyce wojennej, dlatego też wycieczka do Muzeum Armii Krajowej, imienia generała Fieldorfa Nila była jedynie kwestią czasu. Przeczytałam właśnie powieść pod tytułem Legion, autorstwa Elżbiety Cherezińskiej, opowiadającą o partyzantce w czasie II wojny światowej w świętokrzyskim i na lubelszyczyźnie. Żeby móc lepiej wyobrazić sobie czym walczyli, jak wyglądali, czym dysponowali partyzanci, wybrałam się do Muzeum AK, które znajduje się niedaleko estakady Wita Stwosza, tuż obok tymczasowego dworca autobusowego.



Mimo, że wstęp w niedziele jest bezpłatny, oprócz nas muzeum zwiedza dosłownie kilka osób. Wchodzimy na pusty dziedziniec, przepięknie oświetlony słońcem przez w pełni przeszklony dach.



Kierujemy się w lewo, gdzie wzdłuż ściany stoi szereg witryn prezentujących różne aspekty wojennego i przedwojennego życia. Znajdziemy tu  harcerskie pasy i rogatywki, odznaczenia, medale, krzyże, pamiątki po przedwojennych olimpijczykach, ale także monety, papierosy i zapalniczki. W każdej witrynie jest ekran multimedialny, na którym wyświetlane są materiały filmowe. W jednej z witryn łopatki upamiętniające budowę Kopca Piłsudskiego. Sądzę jednak, że do samej budowy używano nieco większego sprzętu ;)


Przechodzimy dalej, do sal wystawowych. To kolejne muzeum z szufladami - w wielu miejscach w szufladach schowane są przezrocza dokumentów lub zdjęć, które można obejrzeć patrząc pod światło. Zapewne dla historyków lub entuzjastów dokumenty mogą być ciekawe, mnie po obejrzeniu kilku nieco nużą. 

Wystawa pokazuje zarówno sam początek wojny, gdy Polska jeszcze otwarcie walczyła, jak i czas okupacji, kiedy pozostała jedynie działalność konspiracyjna. W gablotach mundury i broń z tamtych czasów.



Dla tych, którzy lubią wczytywać się w szczegóły, muzeum opublikowało bardzo wiele informacji na specjalnych tablicach i planszach. Ciekawa mapa Europy przed wybuchem wojny i z zaznaczonymi kierunkami ataków poszczególnych wojsk. O tym, że granice Polski przed wojną różniły się od obecnych wie każdy, ale dopiero spojrzenie na mapę uświadamia, że tamta Polska z obecną Polską terytorialnie ma bardzo niewiele wspólnego. Dalej informacje o bitwach na linii Wizna, pod Mokrą i nad Bzurą. W każdej z nich, niezależnie od wyniku widać jedno - jak maleńka była polska armia w porównaniu z najeźdźcą. 


Prawdziwa najprawdziwsza atrapa czołgu Vickers E. Czołg ten, produkowany w Wielkiej Brytanii był zaliczany do czołgów lekkich, ze względu na swą niewielką wagę - jedynie 7 ton :) Polska w momencie wybuchu wojny posiadała 38 takich czołgów. Niedużo.



W armii obok panów walczyły również panie. Niektóre oficjalnie, w mundurach, najczęściej jako łączniczki, sanitariuszki.  Inne incognito. Jak widać groszki zawsze w modzie. Potężne poduchy na ramionach, a la lata 80-te. Kolejny dowód na to, że moda zatacza koła.


A w torebce fałszywe dokumenty i mały przyjaciel. Choć osobiście wybrałabym tego ze zdjęcia obok. Misternie zdobiony rewolwer z motywem kwiatowym, jest bardzo kobiecy. Niestety, zapewne nie zmieściłby się do torebki.


Rewolwer można też schować w książce...

Pełnowymiarowy model rakiety V-2, stosowanej przez Niemców jako broń odwetowa, do atakowania miast i ludności cywilnej. Warto obejrzeć, jest ogromna i gdy wyobrażę sobie, że coś takiego spadało na miasta... Ciarki przechodzą mi po plecach.



Muzeum ma rozbudowaną sekcję poświęconą holocaustowi i obozom jenieckim. Najpierw niemieckim stalagom i oflagom, później radzieckim łagrom. Zdjęcie przedstawiające młodego podporucznika Wojska Polskiego, i tego samego człowieka po pobycie w łagrze w Stallino (obecnie Donieck). Zdjęcia zostały wykonane w odstępie kilkunastu lat, nie zmienia to jednak faktu, że metamorfoza jest przerażająca. 



Wzruszające listy... "Kochana Mamo! Jestem zdrów i trzymam się doskonale..." ile w tym było prawdy, a ile próby uspokojenia matek, których synowie trafili do obozu jenieckiego?

 


Salon prasowy. Telegraf był głównym sposobem łączności. Obok przenośna radiostacja. Zastanawiam się, jak wyglądałaby wojna przy dzisiejszych systemach komunikacji.



Muzeum AK to cały arsenał! Udało się tu pozbierać przeróżne karabiny z czasów II wojny światowej. Szkoda opisywać - jeśli kogoś ta tematyka interesuje - po prostu warto zobaczyć!




A za zakrętem - skoczkowie szykujący się do skoku na spadochronie na teren okupowanej Polski. Jak wyglądał ekwipunek skoczka przed takim lotem świetnie opisuje fragment "Legionu": 
"Kamizelki miały zaszyte na brzuchu rulony złota, a na nerkach papierowe banknoty. (...) Ważyły po killka funtów, a w połączeniu z jesionką i porządnym angielskim wełnianym ubraniem były strojem co najmniej niewygodnym. (...). Dor po dziesięciu minutach był wprawdzie zlany potem, ale upchany. Na plecy spadochron, na głowę hełm gumowy, na udzie saperska łopatka. Elegancki kapelusz złożył i wcisnął w zewnętrzną kieszeń. Nóż i dwa kolty także. (...) leżał niczym baleron na dnie samolotu. Ugotowany i skrępowany. Gdyby nie to, że nie mógł się ruszać, skakałby z radości, że leci do Polski."

 



Sten. Pistolet maszynowy znany mi z wszystkich przeczytanych książek na temat II wojny światowej. Ale nigdy nie zastanawiałam się, jak właściwie wyglądał. Dlatego to, co zobaczyłam mocno mnie zaskoczyło. Steny były produkowane przez Anglików od 1940 roku, jako pierwsze pistolety  maszynowe brytyjskiej produkcji. Pozbawiono ich wszelkich elementów, które nie były niezbędnie konieczne, upraszczając konstrukcję do minimum. Dzięki temu steny były łatwe i tanie w produkcji. Wytwarzano je nawet w okupowanej Polsce, oczywiście w warunkach konspiracyjnych. 


Po obejrzeniu podziemnej części wystawy, czas wybrać się na piętro, gdzie znajduje się imponująca kolekcja broni palnej! O ile na dole wszystko związane jest w II wojną światową, o tyle kolekcja broni pochodzi z różnych epok. Karabiny, pistolety, rewolwery - szaleństwo dla amatorów broni!


To na przykład jest Winchester, który zawsze kojarzy mi się z bronią z Dzikiego Zachodu. W dzieciństwie zaczytywałam się w powieściach Karola Maya, a sobotnie późne wieczory spędzałam na oglądaniu westernów na "Dwójce". Nigdy jednak nie widziałam Winchestera na żywo.



I piękne rewolwery... To po prostu trzeba zobaczyć! A najlepiej dotknąć, wziąć w dłoń i postrzelać!



A w ostatniej sali... prawdziwa gratka! Dwa stanowiska z karabinami i czołg wyjeżdżający z lasu. Zapomnijcie o grach komputerowych, tutaj można poczuć się jak prawdziwy partyzant. Zamek w karabinie ciągle się zacina, czołg strzela w Twoje stanowisko, platforma na której klęczysz lub leżysz trzęsie się po każdym wystrzale. Dłoń boli od ładowania broni, kolba karabinu uderza w ramię. Strzelamy jak szaleni, kilkukrotnie unieszkodliwiając czołg. I kilkukrotnie ginąc... Strzelanie nie stanie się raczej moją pasją - siniaki od kolby karabinu mam jeszcze przez kilka dni. Ale do Muzeum AK w Krakowie i tak szczerze zapraszam!